Kris Kneski – mój amerykański sen

Wartością klubu “Tajniki Ameryki” jesteście Wy! Dlatego tak bardzo chcemy Was poznać 🙂 W każdym newsletterze przedstawimy jedną osobę, opowiemy o jej życiu, pasjach, marzeniach i o tym jak olbrzymią rolę odgrywa w naszym klubie. 

Na pierwszy ogień Kris Kneski! Wiele osób marzy o życiu w Stanach Zjednoczonych, jednak TO marzenie spełniają tylko nieliczni, bo większość po prostu uważa je za niemożliwe do realizacji. Kris Kneski, z którym rozmawialiśmy daje przykład w jaki sposób sam spełnia swój American Dream, bo marzenia są po to by je realizować.
 

Kris swoją przyszłość wiążesz z USA, czym na te chwilę zajmujesz się w Polsce?

Z wykształcenia jestem ekonomistą, a z zamiłowania przedsiębiorcą. Od kilku lat współtworzę firmy, głównie z branży e-commerce. Moim ulubionym projektem jest Cheepro, to jemu poświęcam najwięcej czasu, energii i pasji. Poprzez Cheepro skupiam się na sprzedaży pracy polskich specjalistów do innych miejsc na świecie, głównie w zakresie usług programistycznych, marketingowych, logistycznych czy media produkcyjnych. Im większy jest mój sukces, tym więcej pieniędzy trafia do moich rodaków. Nie zamieniłbym tego co robię na nic innego.

Skąd pomysł żeby na stałe zamieszkać w USA?

By odpowiedzieć na to pytanie, muszę się cofnąć do czasów mojego dzieciństwa, paczek od dalekiej rodziny z Chicago, listów, które dostawała babcia, masła orzechowego i kolorowych słodyczy. Poza tym amerykańskie filmy, westerny, komedie jak “Smokey and the Bandit”, “Once Upon a Time in the West” czy “Easy Rider”, to był początek pewnej fascynacji, która towarzyszy mi przez całe życie i podczas mojego pierwszego wyjazdu w 2005 roku do Stanów nie wygasła, a wręcz się spotęgowała.

Jak na ten pomysł zareagowała Twoja rodzina?

Moja żona Kamilla przeprowadza się ze mną, dzieci na razie nie mamy. Jeśli chodzi o rodziców czy siostrę, to oni to rozumieją moją decyzję i kibicują nam. Nie była to dla nich nagła informacja, to był proces, wiedzieli jak mocno fascynują mnie Stany, od dawna im mówiłem, że to tam chciałbym zamieszkać. 

To skok na głęboką wodę, nie boisz się?

Żyjemy w czasach, gdy dostęp do Internetu jest powszechny, są darmowe
wideorozmowy, bezpośrednie i częste loty. Decyzja o emigracji jest dużo mniej „totalna” niż kilkadziesiąt lat temu. Siostra mojej prababci wyemigrowała w latach 20-tych XX wieku, moja prababcia też miała bilet na statek, ale widząc pierwszy raz morze (jeszcze nawet nie ocean) przestraszyła się bezmiaru wody i została. Wtedy to był skok na głęboką wodę w ujęciu prawie dosłownym. Obecnie już nie ma się czego bać. Zawsze można wrócić, może jeszcze będę zmieniał swój kraj zamieszkania wiele razy, kto wie. Czas pokaże. Trzeba starać się, aby życie było ciekawe, dostarczać nowych bodźców.

Zawodowo w Polsce masz ustabilizowane życie, czy uda się Twoją pracę przenieść do USA?


Już od kilku lat świadomie ustawiam procesy w swoim życiu zawodowym tak, aby móc pracować zdalnie z dowolnego miejsca na świecie, z czego wielokrotnie już korzystałem. Staram się być elastyczny. Mam świadomość, że w pewnych obszarach będę musiał zaczynać od początku, ale do dobrych rzeczy warto mieć cierpliwość. W Kalifornii będę rozwijał pewną firmę z branży HVAC w zakresie logistyki i dystrybucji nowych produktów, a także będę budował jej cyfrowe kanały sprzedaży od podstaw. To będzie ciekawe wyzwanie.

Powróćmy na chwilę do Twojej przeszłości i tych młodzieńczych marzeń o Stanach, cześciowo można powiedzieć, że już je zrealizowałeś bo ukończyłeś w USA szkołę średnią, jak Ci się to udało?

Już w bardzo młodym wieku chciałem spróbować życia w Stanach, ale moich rodziców nie było stać, żeby wysłać mnie tak po prostu prywatnie, żebym się mógł tam uczyć. W 2003 lub 2004 roku gdy mieszkałem w Płocku, w Internecie znalazłem informacje o fundacji AYUSA. Wypełniłem długie formularze aplikacyjne, załączyłem zdjęcia, dyplomy, transkrypty ocen i czekałem. Później miałem jeszcze w Warszawie zorganizowany test z angielskiego i test psychologiczny. Udało mi się dostać na wymianę do jednej z publicznych szkół średnich w Pensylwanii, jedynym kosztem był lot do USA. 

I jak wrażenia?

Oceny w Stanach miałem bardzo dobre, ale musiałem przestawić się na zupełnie inny sposób nauczania względem Polski, wiele rzeczy było dla mnie zupełnie nowych. Będąc tam napisałem też testy SAT oraz zrobiłem certyfikat językowy TOEFL. 

Nie chciałeś kontynuować edukacji w Stanach?

Chciałem zostać w USA po szkole średniej, dostałem się nawet do Boston University i otrzymałem stypendium w wysokości 50,000 $, rozłożone na 4 lata po 12 500 $ rocznie. Niestety pokryłoby to tylko niewielką część kosztów studiów. Nie stać mnie było na tak drogą edukację i finalnie na licencjat przeniosłem się do Wielkiej Brytanii. Studia magisterskie ukończyłem za to w Belgii, ale powiedziałem sobie, że jeszcze zarobię na edukację w Stanach, jeśli nie dla siebie, to dla swoich dzieci (których jeszcze nie ma :D)

I tak zaczął kiełkować pomysł, żeby w Stanach zamieszkać, a kiedy podjąłeś ostateczną decyzje? 

Był to pewien proces, ale finalną decyzję podjąłem około roku 2013, podróżowałem wtedy samochodem po zachodniej części USA, przez 10 stanów. Przejechałem prawie 6000 kilometrów. Pamiętam jak spacerowałem po plaży w Newport Beach przy zachodzącym słońcu i było tak przepięknie… To był ten moment kiedy zdecydowałem się już na 100%.

Jak wyglądały Twoje pierwsze kroki?

W 2015 roku zrobiłem pierwsze, jeszcze testowe, podejście do tematu poszukiwania pracodawcy, akademickie. W swojej uczelni, Akademii Leona Koźmińskiego, zgłosiłem się jako wolontariusz do nawiązania współpracy z uniwersytetami w Kalifornii do programu Erasmus Plus (wymiany pozaeuropejskie). Uczelnia dała mi materiały o ALK po angielsku oraz list od rektora z prośbą, by na każdej uczelni, którą odwiedzę, przyjmowali mnie jako reprezentanta. W kilka tygodni odwiedziłem wtedy Berkeley, CSU Monterey Bay, Stanford University, UCLA, USC i SBCC. Poza rozmowami o Erasmus Plus, były też te o możliwościach pracy na uczelni. Otrzymałem luźne propozycje, jednak dotyczyły one wiz nieimigracyjnych, były obłożone różnymi warunkami i dodatkową biurokracją. Zrozumiałem wtedy, że muszę się postarać bardziej i na poszukiwania sposobu przeznaczyć pełne 6 miesięcy na jakie pozwalała jednorazowo wiza turystyczna. W międzyczasie działy się w moim życiu inne rzeczy, mieszkałem też przez pół roku w Gruzji i rozwijałem inne projekty. Dopiero w czerwcu 2018 roku, zebrałem się do finalnej realizacji planu, który wtedy planem jeszcze nie był, a pewnym szkicem działań opartym o dotychczasowe próby i błędy, tak jak czasami trzeba to robić w biznesie.

Ile czasu minęło od pomysłu do realizacji?

Potrzebowałem pięciu lat, aby wypracować sobie taką pozycję jako przedsiębiorca, aby móc zrealizować swój plan. Wiedziałem, że żeby skutecznie wszystko przeprowadzić potrzebuje swobody finansowej, której nie zdobywa się z dnia na dzień. Bardzo dużo pracowałem, często ryzykowałem, uczyłem się prawa, księgowości i biznesu w praktyce. W międzyczasie ukończyłem czteroletnie studia doktoranckie z ekonomii (bez złożenia rozprawy) i zrobiłem licencję samolotową, żeby znajdować klientów dla swoich firm wśród właścicieli samolotów. W międzyczasie latałem regularnie do USA i do innych krajów jako turysta, chciałem sprawdzić czy było inne miejsce, szczególnie anglojęzyczne (Australia, Kanada, Nowa Zelandia), które ujmie mnie tak samo jak moje ulubione Kalifornia, Arizona i Nevada, ale te podróże utwierdziły mnie w przekonaniu, że USA będzie dla mnie najlepsze. Założyłem też w Stanach pierwszą firmę, dzięki czemu mogłem lepiej rozeznać się w sprawach podatkowych i organizacyjnych na miejscu.

Jak w tej chwili wygląda Twój proces starania się o wizę i jakie były początki?

W dużym skrócie – w czerwcu 2018 roku przeniosłem się sam na niecałe 6 miesięcy do Kalifornii na wizie turystycznej. Wcześniej pozamykałem większość swoich spraw w Polsce, sprzedałem lub zmagazynowałem większość tego co miałem. Swoich spraw zawodowych w Polsce pilnowałem zdalnie, często wstając na rozmowy w środku nocy. W Santa Barbara, do której przyleciałem, zacząłem intensywne networkingowanie poprzez aplikacje Meetup, Eventbrite, Nextdoor oraz Internations. 

Czyli dosłownie zaprzyjaźniłeś się z mieszkańcami?

Poznawałem lokalne community nie tylko pod kątem zawodowym, ale także czysto przyjacielskim. Jeden z Amerykanów zarekomendował mi lokalnego prawnika imigracyjnego, z którym odbyłem rozmowę wstępną. Moim celem była imigracja, więc prawnik zalecił szukanie pracodawcy gotowego do rozpoczęcia procesu PERM. Miałem kilka nieudanych prób i rozwianych nadziei, aż spotkałem swojego przyszłego pracodawcę, było to na zupełnie przypadkowym spotkaniu o nazwie „Pizza Party”, na które trafiłem na Meetupie. Rozmawialiśmy nieformalnie o jego firmie, moich doświadczeniach i umiejętnościach i o tym jak możemy sobie wzajemnie pomóc. Propozycji pracy nie dostałem oczywiście na tym pierwszym spotkaniu, ale to był początek kolejnych spotkań i rozmów z nim, które zakończyły się rozpoczęciem przez niego procesu o wizę imigracyjną EB-3 dla mnie. Później było jeszcze sporo biurokracji, ale o tym opowiem klubowiczom już niedługo, mam plan na nowy wątek, który pojawi się za jakiś czas w klubie.

Czy jak zaczynałeś starania o wizę miałeś wiedzę jak to powinno dokładnie wyglądać?

Na początku miałem inne wyobrażenia o tym jak uzyskuje się w USA wizę pracowniczą / rezydencję. Myślałem, że jest to łatwiejsze, szybsze, tańsze itp. Myślałem, że są jasne rozwiązania. Nawet po pierwszych spotkaniach z prawnikiem nie wiedziałem wiele więcej. Dopiero teraz z perspektywy czasu rozumiem swoją drogę. O tym, że jestem w procesie EB-3 dowiedziałem się dopiero po roku od jego rozpoczęcia. Wiedziałem tylko, że robię proces imigracyjny zamiast nieimigracyjnego i ufałem swojemu prawnikowi. Na szczęście okazał się on porządny i jestem bardzo zadowolony z drogi jaką dla mnie wybrał.

Twoja historia daje do myślenia i rozbudza chęć realizacji marzeń o życiu w USA

USA tworzą imigranci i jest jeszcze masa miejsca dla kolejnych 🙂 Pamiętam jak raz grałem w grę planszową z ośmioma innymi znajomymi i w trakcie rozmowy okazało się, że żadna z tych osób nie urodziła się na terenie USA. Teraz są obywatelami i tworzą ten ciekawy naród zachowując swoją tożsamość ze starego świata.

Gdybyś na podstawie swoich doświadczeń miał dać kilka cennych rad osobom, które starają się o wizę, co by to było?

W przypadku wizy pracowniczej, radziłbym głównie, aby nie skupiać się tylko na firmach, które już mają własnych prawników imigracyjnych, bo będą oni reprezentować interes firmy, a nie Wasz. W interesie firmy niemal nigdy nie leży załatwianie wizy imigracyjnej, przynajmniej nie w pierwszych latach pracy. Dużo tańsze i szybsze są dla nich wizy nieimigracyjne, które nie rozwiązują sprawy w ujęciu długoterminowym. To moje subiektywne zdanie, ale sądzę, że od początku lepiej skupiać się nie tyle na kwestiach technicznych oferty pracy i procesu wizowego, a nawiązywaniu relacji/przyjaźni z osobami prowadzącymi mniejsze firmy np. z kilkunastoma pracownikami. Nie można mówić pracodawcy o rodzaju procesu na samym początku, na to przyjdzie czas później. Warto skupić się na tym, aby komunikować swoją wartość, jak można być przydatnym potencjalnemu pracodawcy w rozwoju firmy. Od spraw technicznych jest prawnik, którego lepiej wybrać samemu, a nie przez pracodawcę.

Stany Zjednoczone dla Ciebie to…

Miejsce prawdziwej wolności mentalnej i surowej samorealizacji w otoczeniu pluralizmu idei i całkowitej tolerancji. Kraj, w którym można być obywatelem, nie wyrzekając się swoich zagranicznych korzeni, a wręcz je celebrując. Ameryka ma wciąż wielką przyszłość przed sobą.

Planujesz zamieszkać w Santa Barbara, dlaczego akurat to miejsce?

Santa Barbara to przepiękna miejscowość o doskonałym klimacie, w której czuje się bardzo dobrze mentalnie. Jest to dobre miejsce na rozpoczęcie działań w USA, z przyjaznym i otwartym na imigrantów community. Mieszka tam wiele osób zainteresowanych duchowością i filozofią, a to również moje poboczne pasje. Czasami piszę wiersze, a Santa Barbara pisaniu wierszy bardzo sprzyja 🙂

Skąd pomysł by wstąpić do klubu “Tajniki Ameryki” i jak pierwsze wrażenia?

O nowopowstającym klubie usłyszałem w relacji na Instagramie Sylvii, to było coś czego podświadomie mi bardzo brakowało, szczególnie gdy sam trochę w ciemno rozeznawałem Amerykę. Nawet takie podstawowe rzeczy jak właściwe ubezpieczenie, konto w banku, prawo jazdy, to wszystko byłoby dużo łatwiejsze gdybym miał dostęp do takiego klubu kiedyś. Ameryka rządzi się swoimi prawami i są one często inne od tego do czego przyzwyczaiła nas Polska. Tym bardziej cieszę się, że taki klub powstał. Slack, którego miałem już na telefonie, z najmniej używanej aplikacji jedną z najczęściej. Klub Tajniki Ameryki to strzał w dziesiątkę.

Jak byś chciał by klub się rozwijał?

Największą wartością klubu jest dla mnie poznawanie ludzi, którzy współdzielą te same marzenia, plany, a czasami też cele i doświadczenia. Na pewno sam będę jeszcze niejednokrotnie potrzebował pomocy od bardziej doświadczonych klubowiczów. Chciałbym, aby klub rozwijał się w tym kierunku wirtualnego, ciepłego community, o którym wspominało tak wiele osób w komentarzach i żebyśmy coraz lepiej się poznawali, wspomagali, poznali nawzajem swoje historie. Istotą życia jest to, aby pomagać innym, ma się wtedy największe poczucie spełnienia, a klub Tajniki Ameryki może być platformą do takiej właśnie pomocy. Bardzo jestem wdzięczny Sylvii i Kubie za tą inicjatywę, zrobili coś naprawdę niezwykłego.

Bardzo dziękuje za rozmowę, trzymamy mocno za Ciebie kciuki i cieszymy się, że jesteś z nami 🙂

Dziękuje i również się cieszę!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *